Ibanez V70 CE


W tej recenzji chciałbym przybliżyć wszystkim gitarę elektro-akustyczną marki Ibanez. Postaram się możliwie jak najdokładniej przedstawić jej zalety i wady, nie powstrzymując się od obszernych komentarzy. Jednocześnie zaznaczam, że recenzja ta będzie bardzo subiektywna. Gitara, którą zamierzam ocenić jest drugą w ogóle a pierwszą z „prawdziwego zdarzenia” w moich rękach. Dlatego będzie porównywana przez pryzmat poprzedniczki – Defil HS-18 – jest to niestety nieuniknione. Z tych wszystkich powodów moja opinia może być wiarygodna w bardzo małym stopniu i zgoła odmienna od opinii bardziej doświadczonych i obeznanych ze sprzętem gitarowym. Postaram się teraz jak najlepiej przekazać swoje odczucia co do tego „wiosła”.




Jak już wspomniałem, przygodę z gitarą zacząłem niedawno od spotkania z zacnym Defilem. Ćwiczyłem na nim z trudem i uparcie, aż w końcu została podjęta decyzja. Kupuję lepszą gitarę. W wyborze kierowałem się głównie planami co do przyszłości. Brałem pod uwagę fakt, iż kiedyś będę chciał przesiąść się na gitarę elektryczną. Dlatego zdecydowałem się na akustyka z wycięciem. Jak się ma te dwadzieścia progów, to fajnie by było móc grać na wszystkich. Dlaczego gitara akustyczna, nie klasyczna? Akustyczne zawsze mi się bardziej podobały, poza tym mają węższy gryf, bardziej zbliżony do gryfu gitary elektrycznej. Tym wszystkim się kierowałem i upatrzyłem sobie Washburn’a Oscar Schmidt OG2. Pech chciał, że gitary nie było w Polsce i musiałbym na nią czekać pół roku. Nie mogłem. Nie chciałem. Szukałem dalej i trafiłem na Ibaneza V70 w Katowickim Rock ‘n’ Roll’u. Pojechałem i wziąłem bez zastanowienia. Bo nad czym tu się zastanawiać? Szukałbym pewnie kolejne dwa tygodnie i nie znalazł nic o wiele lepszego. Nie żałuję swojej decyzji. To tyle o motywach mojego postępowania. Data zawarta w numerze seryjnym wskazuje na datę produkcji gitary marzec 2007 roku. Przejdźmy do konkretów.


Wygląd i wykonanie

Posiadłem egzemplarz koloru czarnego, z kremowym ożyłkowaniem na pudle i gryfie, czarną łezką i białymi kołami wokół otworu rezonansowego. Dostępna jest wersja także w kolorze naturalnym, lecz nie wiem z jakim wykończeniem. Na pierwszy rzut oka wykonanie jest bez zastrzeżeń. Lakier położony jest równo, dobrze wypolerowany, ładnie odbija światło. Jednak można dopatrzeć się małych niedokładności. Binding w miejscu łączenia gryfu z korpusem, od strony wycięcia, jest niedokładny i lekko „postrzępiony”. Od spodniej strony pudła, w miejscu mocowania zaczepu na pasek, ożyłkowanie jest przebarwione. Podkładki pod kołki od kluczy wykonane są z plastiku, co jest raczej mało trwałym rozwiązaniem. Przy nawinięciu większe ilości zwojów dla strun basowych, po prostu się ścierają. A same kołki są dosyć niskie, dlatego, aby ich nie uszkodzić, dla strun 11-52 udało mi się nawinąć tylko dwa zwoje dla struny basowej E. Być może to standard w gitarach akustycznych. To moja pierwsza. Największą wadą wykonania gitary jest chyba lakier. Przyprawił mnie już o nie jedno zmartwienie. Kolor lakieru sprawia, że widać na nim każdy pyłek kurzy, każdy najmniejszy odcisk palca i każda ryskę. Wiem, że to sprawa drugorzędna, ale mam skłonności do pedantyzmu i estetyka jest dla mnie ważna. Przetrzenie powierzchni gitary suchą szmatką powoduje jej zarysowanie. Drobinki kurzy robią rysy i to całkiem spore. Dlatego najpierw polecam zdmuchiwać kurz ile się da, a potem czyścić. Miałem kiedyś do czynienia z czarnym LP od Epiphona, i zjawisko takie nie miało miejsca. Być może jest to kwestia lakieru słabej jakości, jakim wykończono owego Ibaneza. Jedno już wiem – następne wiosło kupuje kremowe lub białe. Niemniej jednak gitara wygląda ładnie i cieszy oko.

Teraz troszkę o budowie i materiałach na nią użytych. Mamy do czynienia z typową gitarą akustyczną, wzbogaconą o elektronikę. Wierzch pudła rezonansowego zrobiono klasycznie ze świerku, boki i spód z mahoniu. Gryf jest także mahoniowy z palisandrową podstrunnicą o dosyć niskich, dwudziestu progach. Mostek także wykonano z palisandru. Klucze to standardowa konstrukcja w osłonkach. Sprawują się one nadzwyczaj dobrze i dług trzymają strój. Chodzą w miarę płynnie, skłonności do przeskoków mają tylko klucze dla strun basowych, ale to jest spowodowane dużym naprężeniem tych strun. Co ciekawe, podobno są to klucze chromowane. Może i chromowane ale w większości plastikowe. Metalowy jest jedynie mechanizm pod osłonką i kołek. Akcja strun, jak na akustyka za 500 złotych jest w sam raz. Fabrycznie wynosiła około czterech milimetrów dla basowej E nad sztabką dwunastego progu. Warto nadmienić, że mamy możliwości regulacji krzywizny gryfu za pomocą imbusowej nakrętki, do której dostęp mamy od strony otworu rezonansowego. Po przykręceniu jej o ¼ obrotu, gitara zyskuje trochę „miękkości” a struny wciąż nie brzęczą na progach. Akcja obniża się do około trzech mm. Najbardziej w swojej gitarze lubię gryf. Wąski, jednak niezbyt chudy, idealnie jak dla mnie zaokrąglony, o wyraźnym profilu C. Na pierwszym progu ma grubość około 20 mm wraz z podstrunnicą. Dla mnie to właśnie czyni go bardzo wygodnym. Dla porównania: miałem w ręce szerszy i bardziej płaski w profilu gryf LP. Grało się bez trudu i niewygody, ale to jednak nie to samo. Być może to kwestia przyzwyczajenia. A z Defilem nie ma co porównywać. No i zostało wycięcie. Kończy się około siedemnastego progu. Trzeba włożyć trochę wysiłku aby złapać dalsze progi, ale jak dla mnie lepsze to niż brak wycięcia. I jeszcze coś o małym, acz ważnym szczególe. Postawka mostka posiada po dwie pary nacięć dla każdej struny, dosyć blisko od siebie. Tylko struna H ma jedno. Daje nam to jakąś możliwość ustawienia rozstawu strun. Małą bo małą ale daje. Elektronika. Przetwornik pod mostkiem i aktywny przedwzmacniacz z korektą głośności, niskich i wysokich tonów. Gniazdo ukryte w zaczepie na pasek. Zasilanie baterią dziewięciowoltową.

Brzmienie

Brzmienie jest okej. I w zasadzie na tym mógłbym skończyć. Nie mam pojęcia o takich sprawach. Opisuje moją pierwszą gitarę. Jedno mogę powiedzieć na pewno. Gitara nie brzmi jak rasowa gitara akustyczna i nie należy się temu dziwić. W końcu jest to sprzęt raczej niższej klasy. Mnie samego to zadowala. Nie musze już słuchać „skrzeków” Defila. Jeśli miałbym jakoś określić brzmienie, to w zależności od artykulacji, jest suche i płytkie lub okrągłe i z głębią. Słyszałem różne opinie na temat tej gitary. Chwalona przez gitarzystów z dużym stażem, z drugiej strony nasz kochany Cygi nie jest z niej do końca zadowolony. Najlepiej samemu się przekonać jak ta niewiasta będzie z nami rozmawiać. Według mnie słucha równie dobrze co sama nawija. Pozwala wypróbować na sobie większości tradycyjnych technik. W miarę swoich umiejętności z powodzeniem stosuję legato, podciągnięcia (ciężko zrobić, ale się da), tłumienie nadgarstkiem czy flażolety naturalne. Ze sztucznymi nie próbowałem. No właśnie. Stroi w miarę dobrze we wszystkich pozycjach. Odchylenia sięgają do 7 jednostek. Pisze jednostek bo na moim tunerze nie jest zaznaczone czy to megaherce. Ale stawiam, że tak. Jak wiadomo brzmienie zależy także od grubości i rodzaju strun. Jak do tej pory używałem jedynie rozmiaru 11-52. Najpierw fabryczne, potem D’addario i Ernie Ball. Nie wiem jak brzmi z cieńszymi strunami. Przekonam się niedługo. Podejrzewam że może utracić nieco głębi i „mocy”. Bo w rzeczy samej jest dosyć głośna i potrafi zabrzmieć „potężnie” (cokolwiek to znaczy). Nie wiem co powiedzieć o wybrzmiewaniu. Jak dla mnie nie jest krótkie, ale nie mam porównania, jak zresztą we wszystkich aspektach przeze mnie omówionych.

Podsumowanie

Ale się rozpisałem. Ale to chyba dobrze. Ale teraz podsumujmy. Gitara wykonana ładnie i solidnie, chociaż nie bez wad. Brzmi nie zawodowo, ale zadowalająco. Dla początkującego gitarzysty, jakim jestem, jest rozwiązaniem godnym uwagi w przedziale cenowym do 500 złotych. Konstrukcja raczej przeciętna, nie wybijająca się zbytnio. Podejść do niej trzeba z ufnością ale też z rezerwą.